Niesamowite jak zapach albo dźwięk może nas przenieść w przeszłość, do jakiegoś miejsca albo wspomnienia.
Wystarczy, że świeci słońce i czuć zapach skoszonej trawy, by pani M. znalazła się w mieście na literkę P.
A gdy miesza się woń mchu, wody i betonu/cegły (!) od razu widzi Londyn..
To samo jest z piosenkami... Zaczynając od "Nie ma, nie ma wody na pustyni"...
Pani M. ma z 4, może 5 lat, stoi sobie w dużym pokoju, z mikrofonem w małej rączce..
A słynne hity Haddaway'a czy dr Albana.. (ktoś kojarzy.. to przecież niemal prehistoria..)?
To czasy, gdy była w szkole podstawowej, dzielnie stawiała się na spotkaniach Oazy w kościele i... na "dyskotekach" organizowanych przez księdza! (niesamowite, co?)
Liceum to obowiązkowo Hey, Nirvana, Oddział Zamknięty, a potem... klasyczny hip hop (wpływ pana M.).
Studia upłynęły w chaosie zapachowo-muzycznym.
Od przyjemnie łechcącego nozdrza kurzu w bibliotece, po ukochaną (niestety...) mieszankę dymu papierosowego, litrami lanych perfum i studenckich hormonów..
A właśnie! Pani M. nie pali, ale uwielbia zapach tytoniu! Powód? Przypomina jej on zmarłą wiele lat temu babcię, która mimo zakazów jej mamy, zazwyczaj popalała przy swojej wnuczce. Efekt? Zboczenie zostało do dziś... Ech....
Nawet w czasie ciąży, niepaląca pani M., czasem miała wielka ochotę na jeden mały mach...
Możnaby tak wymieniać w nieskończoność...
A tymczasem piosenka, która kojarzy się naszej bohaterce z życiowymi zmianami, kursem norweskiego i miastem na G.
środa, 30 marca 2011
wtorek, 29 marca 2011
Oddycham?
Cudownie jest...
wyjść rano z domu w samej sukience i sandałach...
poczuć ciepłe powietrze i zaciągnąć się nim bez granic..
pójść do lasu i otoczyć się zapachem mokrego mchu i rosy...
wystawić twarz do słońca i zamknąć oczy...
albo położyć się na zielonej trawie w wielkim parku...
cieszyć się chwilą...
a potem oglądać przechodzących ludzi...
patrzeć na ich uśmiech albo zadumanie...
zastanawiać się kim są, dokąd idą...
wyjść rano z domu w samej sukience i sandałach...
poczuć ciepłe powietrze i zaciągnąć się nim bez granic..
pójść do lasu i otoczyć się zapachem mokrego mchu i rosy...
wystawić twarz do słońca i zamknąć oczy...
albo położyć się na zielonej trawie w wielkim parku...
cieszyć się chwilą...
a potem oglądać przechodzących ludzi...
patrzeć na ich uśmiech albo zadumanie...
zastanawiać się kim są, dokąd idą...
poniedziałek, 28 marca 2011
Matka
Miała wyjątkowe oczy. Duże, niebieskie... I te rzęsy. Ciężko byłoby nie zwrócić na nie uwagi. Gdyby ktoś jej nie znał, z pewnością pomyślałby, że są sztuczne. Wszystko to prawie nie pasowało do tego wychudzonego już ciała i matowych, poszarpanych włosów.
Wtedy rozmawiały chyba po raz ostatni. Była z córeczką. Trzymała jej pulchną rączkę w swojej, chudej i zimnej dłoni. Wymieniły uprzejmości.
Kilka dni później spotkała jej matkę. Drobną kobietę, której twarz krzyczała z bólu. Zatrzymała się. Rozmawiały. Wtedy usłyszała jedną z tragiczniejszych historii o cierpieniu człowieka.
Do dziś zadaje sobie pytanie: gdzie tu jest sens? I cały czas nie potrafi go odnaleźć.
Państwo X to rodzina jakich wiele w małym miasteczku Y. Oboje pracowali w utrzymującym całe miasto zakładzie. Mieli dwie córki. Młodszą, o której już była mowa i Starszą. Ta druga zawsze uchodziła za piękność. Była lubiana, uśmiechnięta i pełna życia. Młodsza wciąż schowana za tymi swoimi długimi rzęsami. Zamknięta w sobie, nieśmiała. W pewnym momencie zaczęła ubierać się w za duże ciuchy, obcięła włosy. Jak to zwykle w małych mieścinach bywa, szybko rozniosło się, że choruje na anoreksję.
Matka robiła co mogła, zjeździła pół Polski szukając specjalistów... Bez efektu. Po kilku latach Młodsza Córka poznała mężczyznę. Nie był wymarzonym zięciem... Ale nie to się liczyło. Córka trochę lepiej jadła i jakimś cudem udało jej się nawet zajść w ciążę. Całe miasto szemrało, że to niemożliwe, że pewnie po jakimś leczeniu. A ona donosiła dziecko. Dziewczynkę.
Jednak choroba powróciła do niej jak bumerang i ugodziła z podwójną siłą. I podczas gdy noworodek w wózku był pyzaty i rumiany, jego matka ledwo przy nim stała.
W tym samym czasie rodzina dowiedziała się o kolejnej tragedii. Starsza Córka poczuła zgrubienie w pachwinie. Okazało się, że to rak. Bardzo złośliwy. Dawano jej kilka miesięcy życia. A w domu czekała na nią dwójka małych dzieci...
Matka Córek spadała w przepaść. Ze strony męża nie mogła liczyć na żadne wsparcie. Nagle obie jej córki umierały. Jedna na własne życzenie, nieubłaganie łykajac kolejne środki przeczyszczające. Regularnie lądowała w szpitalu ze straszliwymi bólami brzucha. Druga.. nękana straszną chorobą. Ale walcząca. Wracająca do szpitala na kolejne chemie. Udało jej się przeżyć rok, drugi, czwarty. I nie mogła zrozumieć jak to możliwe, że gdy ona tak bardzo pragnie żyć, jej siostra robi wszystko, by się z życiem pożegnać.
Pani M. słuchała spowiedzi Matki i obie płakały. Żadna z nich nie miała jednak pojęcia, że gdy spotkają się następnym razem Młodszej Córki już nie będzie. Umarła...właściwie z głodu, w ogromnym bólu....
Ludzie żałowali, ale nie jej, tylko jej matki i córeczki. Obie błagały, klękały na kolanach, by dziewczyna przestała, by wyzwoliła się z nałogu.. Na próżno... Nałóg był silniejszy od miłości...
Jej mąż już znalazł sobie inną. Śmierć żony tak bardzo go nie dotknęła. Teściowa zaoferowała mu pomoc w wychowaniu wnuczki. Początkowo nie pozwalał jej na to, z premedytacją.... Dopóki dziewczynka nie zaczęła symulować chorób, przestała chodzić do przedszkola. Wtedy odpuścił.
Starsza Córka jest w coraz gorszym stanie, ma przerzuty. Ale nadal walczy... a wiele ludzi modli się o cud dla niej i dla jej Matki.. Bo ile może znieść jeden, słaby człowiek?
Wtedy rozmawiały chyba po raz ostatni. Była z córeczką. Trzymała jej pulchną rączkę w swojej, chudej i zimnej dłoni. Wymieniły uprzejmości.
Kilka dni później spotkała jej matkę. Drobną kobietę, której twarz krzyczała z bólu. Zatrzymała się. Rozmawiały. Wtedy usłyszała jedną z tragiczniejszych historii o cierpieniu człowieka.
Do dziś zadaje sobie pytanie: gdzie tu jest sens? I cały czas nie potrafi go odnaleźć.
Państwo X to rodzina jakich wiele w małym miasteczku Y. Oboje pracowali w utrzymującym całe miasto zakładzie. Mieli dwie córki. Młodszą, o której już była mowa i Starszą. Ta druga zawsze uchodziła za piękność. Była lubiana, uśmiechnięta i pełna życia. Młodsza wciąż schowana za tymi swoimi długimi rzęsami. Zamknięta w sobie, nieśmiała. W pewnym momencie zaczęła ubierać się w za duże ciuchy, obcięła włosy. Jak to zwykle w małych mieścinach bywa, szybko rozniosło się, że choruje na anoreksję.
Matka robiła co mogła, zjeździła pół Polski szukając specjalistów... Bez efektu. Po kilku latach Młodsza Córka poznała mężczyznę. Nie był wymarzonym zięciem... Ale nie to się liczyło. Córka trochę lepiej jadła i jakimś cudem udało jej się nawet zajść w ciążę. Całe miasto szemrało, że to niemożliwe, że pewnie po jakimś leczeniu. A ona donosiła dziecko. Dziewczynkę.
Jednak choroba powróciła do niej jak bumerang i ugodziła z podwójną siłą. I podczas gdy noworodek w wózku był pyzaty i rumiany, jego matka ledwo przy nim stała.
W tym samym czasie rodzina dowiedziała się o kolejnej tragedii. Starsza Córka poczuła zgrubienie w pachwinie. Okazało się, że to rak. Bardzo złośliwy. Dawano jej kilka miesięcy życia. A w domu czekała na nią dwójka małych dzieci...
Matka Córek spadała w przepaść. Ze strony męża nie mogła liczyć na żadne wsparcie. Nagle obie jej córki umierały. Jedna na własne życzenie, nieubłaganie łykajac kolejne środki przeczyszczające. Regularnie lądowała w szpitalu ze straszliwymi bólami brzucha. Druga.. nękana straszną chorobą. Ale walcząca. Wracająca do szpitala na kolejne chemie. Udało jej się przeżyć rok, drugi, czwarty. I nie mogła zrozumieć jak to możliwe, że gdy ona tak bardzo pragnie żyć, jej siostra robi wszystko, by się z życiem pożegnać.
Pani M. słuchała spowiedzi Matki i obie płakały. Żadna z nich nie miała jednak pojęcia, że gdy spotkają się następnym razem Młodszej Córki już nie będzie. Umarła...właściwie z głodu, w ogromnym bólu....
Ludzie żałowali, ale nie jej, tylko jej matki i córeczki. Obie błagały, klękały na kolanach, by dziewczyna przestała, by wyzwoliła się z nałogu.. Na próżno... Nałóg był silniejszy od miłości...
Jej mąż już znalazł sobie inną. Śmierć żony tak bardzo go nie dotknęła. Teściowa zaoferowała mu pomoc w wychowaniu wnuczki. Początkowo nie pozwalał jej na to, z premedytacją.... Dopóki dziewczynka nie zaczęła symulować chorób, przestała chodzić do przedszkola. Wtedy odpuścił.
Starsza Córka jest w coraz gorszym stanie, ma przerzuty. Ale nadal walczy... a wiele ludzi modli się o cud dla niej i dla jej Matki.. Bo ile może znieść jeden, słaby człowiek?
sobota, 26 marca 2011
Biało
Za oknem słońce i... śnieg...
To nie żart chyba..
Piękną mamy zimę tej wiosny :)
Londyn innym okiem..
(Przepraszam za jakość..telefonowa)
To nie żart chyba..
Piękną mamy zimę tej wiosny :)
Londyn innym okiem..
(Przepraszam za jakość..telefonowa)
piątek, 25 marca 2011
Kobieta...
Wojciech Eichelberger:
Dziewczynka,gdy stanie się kobietą (...)zrozumie,że gdy ją boli, to tak naprawdę nie boli.Gdy płacze,to histeryzuje i jest niewdzięczna.
Gdy się na coś nie zgadza,to jest wredna i cyniczna.
Gdy się cieszy,to się wygłupia albo jest pijana.
Gdy chce ładnie wyglądać,to się mizdrzy,
a gdy kimś się zainteresuje,to się puszcza.
Gdy się wstydzi,to jest głupia,a gdy się nie wstydzi,to jest bezwstydna.
Gdy się przy czymś upiera,to przesadza,a gdy się nie upiera,to nie wie czego chce.
Jak kocha,to jest naiwna,a jak nie kocha,to jest zimna.
Gdy ma ochotę na seks,to jest suką,a gdy nie ma ochoty na seks,to też jest suką.
Jeśli chce być kimś - to znaczy,że przewróciło się jej w głowie,a jak nie chce być kimś,to jest głupią kurą.
Jeśli jest sama,to znaczy,że nikt jej nie chciał,a jeśli jest z kimś,to znaczy,że cwana.
...a gdy dostaje furii - to jej się tylko tak zdaje.
czwartek, 24 marca 2011
Gotowanie na ekranie
Internet to kopalnia wiedzy, ale i ogromne śmieciowisko.
Mnóstwo tu ludzi bezmyślnych, bezczelnych i głupich po prostu..
Ale chwila... znajdziemy także tłumy osób wartościowych, myślących i inspirujących..
(Wszystkie powyższe stwierdzenia zostały oczywiście wyjęte z worka pod tytułem BANAŁ....)
Z taką wiedzą i tymże nastawieniem pani M. przegląda sobie zazwyczaj strony kulinarne, czasem blogi o tej tematyce. Pewnego razu postanowiła wzbogacić swoje menu. Rozwinąć się.. choćby tak.. przy przysłowiowych garach.
Jej specjalnością są ciasta. Uwielbia je piec, a potem z niemal lubieżną satysfakcją patrzy jak znikają w ustach gości.
Zaczęło sie niewinnie. Koleżanka jej mamy podarowała pani M. dwa zeszyty. Zapisała tam wszystkie sprawdzone przepisy na ciasta i dania obiadowo-kolacyjne.
Pani M. zachęcona, zaczęła piec. Początkowo bez wiary.. bo w domu swoich rodziców miała zazwyczaj funkcję siekacza (siekała orzechy, warzywa na sałatkę itd). Okazało się, że wychodzi jej to całkiem dobrze a przy tym odczuwa niezwykłą radość, gdy nagle z bezkształtnej masy, powstawało pyszne cudo.
Gdy wykorzystała już wszystkie specjały zapisane w zeszytach, zaczęła eksperymentować z internetowymi nowinkami...
Niestety okazało się, że prawie połowa podanych tu receptur jest nietrafiona. (Przypuszczalnie autorzy wcale nie wypróbowali własnych przepisów.) Ta tendencja nie dotyczy indywidualnych blogów o gotowaniu, ale serwisów o jedzeniu. Dlatego najlepiej wybierać z nich te, które maja naprawdę dużo pozytywnych komentarzy.
Kilka takich perełek pani M. znalazła....
A oto jeden z łatwiejszych pomysłów na ciekawe śniadanie/kolację:
Jajka z łososiową różyczką:
jajka (ilość zależna od upodobań)
majonez (łyżka na 3 jajka)
łosoś wędzony w plastrach
sól
pieprz
Jaja gotujemy na twardo, studzimy, kroimy na połowę. Wyciągamy żółtka, dodajemy do nich sól, pieprz i majonez, ugniatamy. Farsz wkładamy z powrotem do białkowych łódeczek.
Wykrawamy paski łososia, zwijamy tak, by powstała różyczka i wkładamy ją w jajko.
Proste, szybkie ale naprawdę pyszne danie!
Mnóstwo tu ludzi bezmyślnych, bezczelnych i głupich po prostu..
Ale chwila... znajdziemy także tłumy osób wartościowych, myślących i inspirujących..
(Wszystkie powyższe stwierdzenia zostały oczywiście wyjęte z worka pod tytułem BANAŁ....)
Z taką wiedzą i tymże nastawieniem pani M. przegląda sobie zazwyczaj strony kulinarne, czasem blogi o tej tematyce. Pewnego razu postanowiła wzbogacić swoje menu. Rozwinąć się.. choćby tak.. przy przysłowiowych garach.
Jej specjalnością są ciasta. Uwielbia je piec, a potem z niemal lubieżną satysfakcją patrzy jak znikają w ustach gości.
Zaczęło sie niewinnie. Koleżanka jej mamy podarowała pani M. dwa zeszyty. Zapisała tam wszystkie sprawdzone przepisy na ciasta i dania obiadowo-kolacyjne.
Pani M. zachęcona, zaczęła piec. Początkowo bez wiary.. bo w domu swoich rodziców miała zazwyczaj funkcję siekacza (siekała orzechy, warzywa na sałatkę itd). Okazało się, że wychodzi jej to całkiem dobrze a przy tym odczuwa niezwykłą radość, gdy nagle z bezkształtnej masy, powstawało pyszne cudo.
Gdy wykorzystała już wszystkie specjały zapisane w zeszytach, zaczęła eksperymentować z internetowymi nowinkami...
Niestety okazało się, że prawie połowa podanych tu receptur jest nietrafiona. (Przypuszczalnie autorzy wcale nie wypróbowali własnych przepisów.) Ta tendencja nie dotyczy indywidualnych blogów o gotowaniu, ale serwisów o jedzeniu. Dlatego najlepiej wybierać z nich te, które maja naprawdę dużo pozytywnych komentarzy.
Kilka takich perełek pani M. znalazła....
A oto jeden z łatwiejszych pomysłów na ciekawe śniadanie/kolację:
Jajka z łososiową różyczką:
jajka (ilość zależna od upodobań)
majonez (łyżka na 3 jajka)
łosoś wędzony w plastrach
sól
pieprz
Jaja gotujemy na twardo, studzimy, kroimy na połowę. Wyciągamy żółtka, dodajemy do nich sól, pieprz i majonez, ugniatamy. Farsz wkładamy z powrotem do białkowych łódeczek.
Wykrawamy paski łososia, zwijamy tak, by powstała różyczka i wkładamy ją w jajko.
Proste, szybkie ale naprawdę pyszne danie!
środa, 23 marca 2011
Sala
W powietrzu czuć już było wiosnę. To był pierwszy ciepły dzień w tym roku. Pani M., zmarzluch jakich mało, pozwoliła sobie nawet na odpięcie włosia (czy jak to inaczej nazwać?) od kaptura zimowej kurtki. Wdychając zapach słońca i rokoszując się urokami ukochanego miasta P., nacisnęła przycisk domofonu. Po pokonaniu czterech pięter, już pukała do drzwi mieszkania swoich kuzynek. Spędziły w nim kilkadziesiąt minut i z podekscytowaniem ruszyły w stronę przystanku tramwajowego.
Zielona maszyna zawiozła je do wielkiego budynku, kształtem przypominającego każde inne centrum handlowe w Polsce (dobra, przesadzam..nie każde).
Pani M. niby nie chciała, ale chciała... dlatego z lekkim strachem kupiła bilet i zasiadła w ciemnej sali razem z K. i K.
Żadna z nich nie miała pojęcia, że czeka je niesamowite przeżycie. Nie spodziewały się nawet tego, że wychodząc z sali będą ocierały łzy.
Zaczęło się zupełnie normalnie. Nowoczesna rodzina z wyższych sfer. Całkiem fajny nastolatek, studniówka, szukanie nowych przeżyć. I nagle STOP. Na ekranie pojawia się dziwna postać (uwielbiam Romę Gąsiorowską), która każdego normalnego człowieka odstraszyłaby po kilku minutach.. I nie chodzi tu wcale o dziwną maseczkę na jej twarzy, ani nawet trochę przerażający sposób mówienia. Dziewczyna bez oporów opowiada nowemu koledze jak bardzo chce.... umrzeć...
Niestety główny bohater chętnie wkracza w jej świat, zaczyna ją naśladować...
Rodzice, zbyt zajęci sobą, nic nie zauważają...
Jak to się kończy? Zobaczycie lub już widzieliście sami...
"Sala samobójców" to bardzo dobry film. Zaskakujący, dający do myślenia.. Opowiada chyba przede wszystkim o samotności. Samotności we własnym domu i ogólnie, w świecie.
Pani M. do dziś próbuje poukładać sobie w głowie każdą scenę, przemyśleć ją, wyciągnąć wnioski. Ale to nie jest łatwe...
Jedno jest pewne. Gdyby ten film powstał w Ameryce, byłby hitem...
P.S. Nie radzę oglądać go w słabszy dzień... Jest dość przygnębiający mimo wszystko...
Zielona maszyna zawiozła je do wielkiego budynku, kształtem przypominającego każde inne centrum handlowe w Polsce (dobra, przesadzam..nie każde).
Pani M. niby nie chciała, ale chciała... dlatego z lekkim strachem kupiła bilet i zasiadła w ciemnej sali razem z K. i K.
Żadna z nich nie miała pojęcia, że czeka je niesamowite przeżycie. Nie spodziewały się nawet tego, że wychodząc z sali będą ocierały łzy.
Zaczęło się zupełnie normalnie. Nowoczesna rodzina z wyższych sfer. Całkiem fajny nastolatek, studniówka, szukanie nowych przeżyć. I nagle STOP. Na ekranie pojawia się dziwna postać (uwielbiam Romę Gąsiorowską), która każdego normalnego człowieka odstraszyłaby po kilku minutach.. I nie chodzi tu wcale o dziwną maseczkę na jej twarzy, ani nawet trochę przerażający sposób mówienia. Dziewczyna bez oporów opowiada nowemu koledze jak bardzo chce.... umrzeć...
Niestety główny bohater chętnie wkracza w jej świat, zaczyna ją naśladować...
Rodzice, zbyt zajęci sobą, nic nie zauważają...
Jak to się kończy? Zobaczycie lub już widzieliście sami...
"Sala samobójców" to bardzo dobry film. Zaskakujący, dający do myślenia.. Opowiada chyba przede wszystkim o samotności. Samotności we własnym domu i ogólnie, w świecie.
Pani M. do dziś próbuje poukładać sobie w głowie każdą scenę, przemyśleć ją, wyciągnąć wnioski. Ale to nie jest łatwe...
Jedno jest pewne. Gdyby ten film powstał w Ameryce, byłby hitem...
P.S. Nie radzę oglądać go w słabszy dzień... Jest dość przygnębiający mimo wszystko...
Subskrybuj:
Posty (Atom)







