poniedziałek, 28 lutego 2011

"Paryskie" klimaty

Wbrew temu, co w temacie nie będzie dziś ani słowa o słynnej wieży, eleganckich kobietach i innych takich francuskich ciekawostkach. Pani M. nigdy tam nie była (jeszcze) i dlatego nie potrafi też nic ciekawego napisać na temat kraju słynącego z romantycznego akcentu i zamiłowania do żabich udek :)
Będzie natomiast przepis na:

PROSTACKIE CIASTKA PARYSKIE:


Potrzebne będą:
kostka palmy/margaryny,
1 szklanka cukru pudru
2 szklanki mąki
2 łyżki kakao

Ugniatamy trzy pierwsze składniki, dzielimy na dwie części. Do jednej z nich dogniatamy kakao. Z obu kolorów tworzymy wałeczki. Następnie łączymy je ze sobą, troszkę turlając :) i obtaczamy w cukrze, najlepiej brązowym. Wstawiamy na pół godziny do lodówki.
Po tym czasie wyjmujemy i kroimy w średniej grubości plasterki.
Wstawiamy je do nagrzanego piekarnika na ok 20 minut (zależy od pieca)

Bon appetit!

niedziela, 27 lutego 2011

It's such a wonderful life

Dziś zastajemy panią M. siedzącą w szkolnej ławce (nie zauważyliście jak często tam wraca? ). Ma osiem lat. Nie różni się od swoich rówieśników prawie niczym. Ma dwa czarne warkoczyki zakończone kokardkami w kolorze czerwonym, dość pyzatą jeszcze buzię i fartuszek z naszywką wzorowy uczeń. Jest plastyka. Przed nią ciekawe zadanie. Ma narysować jak wyobraża sobie świat w 2000 roku. Dzieci rysują statki kosmiczne, loty na Marsa dla każdego, nieziemskie stylizacje przechodniów. Ona podobnie, ale przy okazji myśli sobie jaka już będzie dorosła. Będzie miała 21 lat, pewnie już będzie nawet miała jakiegoś męża...

Pani M. ma 21 lat. jest studentką. właśnie spędza wakacje pracowicie tyrając w Szkocji i po raz pierwszy zachłystując się Wielką Brytanią. Urodziny spędza w gronie pana M., ich przyjaciela Michała i dwójki nowych znajomych- Joli i Wieśka. ten 2000 rok to dla niej teraźniejszość, która wcale nie jest ani kosmiczna, ani inna niż te trzynaście lat temu. Jedno się zgadza... czuje się dorosła.

Dzisiaj ta sama pani M., tylko bez warkoczyków, kilku kilogramów i ze sporym bagażem doświadczeń, siedzi sobie w  niezbyt ładnym mieście Ł., w swojej/nieswojej kuchni. ma na sobie różową piżamę z misiem (w tym wieku, to już chyba nawet zabawne nie jest :) ) i pije herbatę bez cukru. Próbuje napisać coś mądrego, albo chociaż zabawnego. Ale do głowy przychodzi jej tylko myśl, że nie wie kiedy nagle stała się taka dorosła.. To tak minęło.... może troszkę za szybko...

piątek, 25 lutego 2011

Paplanie o niezadowoleniu...

Polacy uznawani są często za jeden z najbardziej narzekających narodów. Istnieje wiele anegdot mówiących o tym z czego nie jesteśmy zadowoleni.
Dawno, dawno temu, w mieście na literkę P., pani M. grzecznie chodziła na studia, a dwa wieczory w tygodniu spędzała na nauce języka angielskiego. Jedno z takich spotkań, z wyjątkowo sarkastycznym Anglikiem o imieniu Glenn, toczyło się wokół różnic między Polakami a Brytyjczykami. Oprócz spraw typowych, dotyczących innych tradycji, obyczajów, poczucia humoru, lektor stwierdził, że jesteśmy wiecznie niezadowoleni. Gdy spotyka się kogoś na ulicy i mówi:  Cześć! Jak leci? W odpowiedzi najczęściej słyszy się: Tak sobie/ Może być! Nie za bardzo, bo... no właśnie. Tu Glenn zaczął się śmiać i wymienił: bo mamy doła, bo jest za zimno, albo za ciepło, bo boli mnie głowa..... itd... A gdy spotykamy Anglika i zadajemy podobne pytanie, odpowiedzią jest: Fine, thanks! It's ok. A potem okazuje się, że ten człowiek dzień wcześniej stracił matkę, czy ojca.
Która postawa lepsza?
Babcia G., którą pani M. tak lubi cytować, zawsze mówi: Obcym ludziom się całej pupy nie pokazuje! Choćby nie wiem jak było ciężko, zachowaj to dla siebie, dla bliskich. Bo ten obcy człowiek uda współczucie, zrozumienie, ale potem często (nie zawsze) będzie się z Ciebie śmiał. Dlatego z mało znanymi Ci osobami, rozmawiaj głównie o pogodzie.
Pani M. zawsze się buntowała i twierdziła, że babcia nie ma racji. Ale gdy trochę zobaczyła, przeżyła i nauczyła się więcej o ludziach, musi babci przyznać rację, choć w części.
Na szczęście nie ma reguł bez wyjątków :)

A to trochę dołująca piosenka, ale bardzo ciekawa! POLECAM!


czwartek, 24 lutego 2011

Refleksyjnie...

Zazwyczaj jest tak, że chcemy być tam, gdzie nas nie ma, albo gdzie byliśmy kiedyś. Idealizujemy przeszłość, chociaż w głębi serca zdajemy sobie sprawę, że bywało różnie.
Może ten sam mechanizm rządzi także chęcią wejścia w czyjąś rolę, bycia kimś innym... Bo trawa zawsze jest bardziej zielona po drugiej stronie ogrodzenia...
Człowiek szczęśliwy to więc taki człowiek dla którego przeszłość i inni ludzie to tylko inspiracje, siła napędowa, a nie powód do smutku i zazdrości....

Zdjęcie robione kilka lat temu, 1724 kilometry stąd....


środa, 23 lutego 2011

Budyniowe wspomnienia

Na samych obrzeżach miasta Ł., otoczony zgrabnymi klockami domków jednorodzinnych, stoi sobie żółty blok. Właściwie nie wyróżnia się niczym spośród innych tego typu budowli, powstałych przez ostatnie pięć lat. Ma duże, przestronne balkony, a dookoła sztucznie zaprojektowane trawniki, klomby i małe drzewka. Klatki tegoż obiektu wyposażone są w estetyczne kafelki, windę , a nawet kamery. Gdyby wejść do windy i nacisnąć na guzik wskazujący ostatnie piętro, a następnie skierować się do drzwi z numerem 18, byłoby można zostać gościem pani M. Niestety nie dzisiaj...
Powodem nie jest ciągły ryk młodszego Stworka, ani nawet brzęczenie starszego, który po raz setny zadaje rodzicielce to samo pytanie. Nie jest nim nawet chwilowy brak kawy rozpuszczalnej. Pani M., co się jej rzadko zdarza, zachorowała. Ma podpuchnięte oczy, zapchany nos a w głowie łupie jej tak, jakby ktoś wiercił młotem pneumatycznym. Jest to więc jeden z niewielu takich dni, gdy jedyne czego pragnie to ŚWIĘTY SPOKÓJ. Nie będzie jednak niczym niezwykłym stwierdzenie, iż... NIE MA O CZYM MARZYĆ!!!
A tak by chciała leżeć w łóżku, przykryta kocem pod sam nos, pić herbatę z cytryną i miodem i oglądać coś ciekawego w telewizji, albo po prostu leżeć w tym łóżku i spać...
Pamięta, gdy miała siedem, może osiem lat i złapała grypę. Razem z siostrą miały gorączkę 40 stopni i mama na przemian robiła im zimne okłady i wmuszała w nie hektolitry płynów. A gdy już czuły się lepiej upiekła dla nich bułeczki z budyniem. One siedziały w łóżku, oglądały "Mini playback show" (jeszcze na jakimś niemieckim kanale) i wcinały te drożdżowe pyszności.. Mniam... To były czasy... Nawet chorobę wspomina się z jakimś dziwnym rozrzewnieniem...
.................................
Dla zaciekawionych smakiem bułeczek.. ta-dam:

BUŁECZKI Z BUDYNIEM
 Potrzebujesz:

10dkg drożdży
1 łyżkę cukru
1szklankę mleka
1 płaską łyżeczkę soli
1 małe masło roślinne/ewentualnie palma
2 jaja- roztrzepane
mąka tortowa 1 kg

Nadzienie:
2 budynie- ugotowane w 3 szklankach mleka
(2,5 gotujemy a w O,5 rozpuszczamy te budynie z odpowiednią ilością cukru)

1) Robimy zaczyn: drożdże rozpuścić z cukrem, zalać połową szklanki ciepłego mleka i wsypać 2 łyżki mąki.
Rozmieszamy i na jakieś 20-30 min odstawiamy do wyrośnięcia.
2) resztę mleka, sól i masło roślinne roztapiamy i studzimy, a następnie wlewamy do tego roztrzepane jajka.
3) Do wyrośniętego rozczynu wlewamy roztopione produkty, a następnie dosypujemy mąkę i wyrabiamy ciasto. Gdy będzie już elastyczne, wkładamy je do lodówki na godzinę.
4) Ciasto wałkujemy i wycinamy kwadraty (mniej więcej 5x5cm), na środek każdego wrzucamy łyżeczkę budyniu i zaklejamy jak kopertę. Następnie wykładamy uformowaną bułeczkę na przykrytą papierem do pieczenia, blachę.
5) Blachę wkładamy do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika na 20 minut.
6) Po ostygnięciu lukrujemy (do lukru można dodać odrobinkę np. waniliowego aromatu..)

Smacznego!



wtorek, 22 lutego 2011

Danie dnia...

Pani M. smaruje własnie bułki masłem i serkiem pomidorowym... Za oknem tylko słońce udaje, że zbliża się wiosna... Prawda jest jednak taka, że termometr nie chce pokazać nic ponad minus 12 stopni.... Nasza bohaterka wzdycha ciężko i postanawia zaserwować wszystkim zmęczonym zimą, pewien utwór...

poniedziałek, 21 lutego 2011

Niewidzialne

-Kiedy ja stanę się niewidzialna?-pomyślała Pani M., patrząc na swoje odbicie w lustrze. I jak przystało na pytanie retoryczne, odpowiedzi nie usłyszała.
Przyjrzała się jednak sobie dokładnie. Wiele się zmieniło. Już nie ma dwudziestu lat. Skóra nadal ok, ale gdzieś  w jej oczach widać, że stoi przed nią kobieta dojrzała.  Kiedy się nią stała? Nie pamięta. Tam, w środku nadal jest tą samą... dziewczyną... A może nawet dziewczynką, która z plecakiem wypełnionym po brzegi książkami, maszerowała do szkoły.
Pamięta, gdy pierwszy raz powiedziano do niej w sklepie "pani". Zdziwiła się, bo nie czuła się jak DOROSŁA... Potem to już potoczyło się bardzo szybko..
Ostatnio oglądając jakiś dokument usłyszała stwierdzenie, że kobiety w pewnym wieku, stają się niewidzialne. Niby trochę się zdziwiła, ale po chwili stwierdziła, że tak właśnie jest! I (o zgrozo!) czasem i jej się to zdarza. Z tym, że ona robi się niewidoczna tylko w momentach, gdy jest z dziećmi. I to jest całkiem naturalne i zrozumiałe. Staje się wtedy matką, każdy patrzy na nią przez ten pryzmat...
Materiał, który obejrzała mówił jednak o kobietach po czterdziestce i starszych. To one ze smutkiem opowiadały, że się ich nie zauważa, że jedyną rolą w jakiej widzi je społeczeństwo, to rola emerytek albo babć. To tak jakby przestały być kobietami. Nikt nie widzi, że są nadal atrakcyjne czy ładne.
Co innego, gdy chodzi o mężczyzn. Oni muszą mieć grubo po 60-tce, by patrzeć na nich jak na starszych panów. Nikt się nie dziwi, gdy zostają ojcami po pół wieku życia. Ale niech tylko jakaś czterdziestolatka spróbuje być w ciąży, staje się obiektem dziwnych spojrzeń, a czasem krytyki. Taka kobieta powinna przecież przestać myśleć o "takich sprawach". To niesmaczne i w ogóle...
Może dlatego głównie kobiety chcą zatrzymać czas za wszelką cenę, poddają się operacjom plastycznym, nie mówią głośno o swoim wieku... Boją się stać niewidzialnymi...
Pani M. uważa, że to kwestia uprzedzeń i stereotypów, jakie kładzie nam do głowy społeczeństwo. Bo to ono kreuje myślenie jednostek... Wystarczy zacytować jej ukochaną babcię, która zawsze mówi, że kobieta musi o siebie dbać, a facet... facet to wystarczy, że jest trochę ładniejszy od diabła :)